Odzyskać prawo jazdy.

Wpis ku przestrodze, ale i dla nadziei.

Zanim zacznę o tym… dużo się dzieje. Zostałem wujkiem 🙂 Piękny chłopczyk dzisiaj wraca z mamą do domu. Cieszę się bardzo. Za to ktoś bardzo bliski dziś poszedł do tego samego szpitala z poważnym nowotworem… Smutno mi bardzo. Byłem na Fest Festiwal w Chorzowie – cudowne wydarzenie, zrobione z rozmachem i we wspaniałej atmosferze – czuję błogość na samo wspomnienie. Mój ojciec pije drugi tydzień, mając w dupie nas wszystkich… Czuję obrzydzenie i złość. Mieszanka uczuć, jakie noszę teraz w sobie jest bombą skrajności. Usiadłem tutaj, by móc się wygadać, jak pięć lat temu. Odciągnę nieco myśli od tych wydarzeń i opowiem Wam o odzyskiwaniu prawa jazdy, utraconego za jazdę pod wpływem alkoholu.

Minęło wiele lat, zanim skończył mi się zakaz – dostałem niemal górną półkę. Było proszenie o podwózki, wyręczanie się innymi przy załatwianiu spraw, okupowanie fotela pasażera, frustracja, irytacja i złość… Czas kary miał się ku końcowi, gdy zacząłem się przygotowywać do załatwienia formalności. Sprawdziłem na policji i w urzędzie komunikacji dokładną datę zakończenia kary i zaczęło się. Trzeba zrobić badania psychotechniczne w Wojewódzkim Ośrodku Medycyny Pracy – tylko i wyłącznie tam. Oczywiście można zrobić część psychologiczną w dowolnym miejscu – ale szczerze odradzam. To są jednostki czerpiące dochody z badań i bardzo źle patrzą na papiery z zewnątrz. Oczywiście nikt Wam tego oficjalnie nie potwierdzi ale pani w rejestracji, gdy dzwoniłem się umówić nie pozostawiła mi złudzeń. Poinformowała mnie, że mogę to zrobić w dowolnej jednostce, mającej uprawnienia ale „lepiej zrobić wszystko na miejscu u nas”. Nie trzeba mi było powtarzać – zrozumiałem aluzję.

Terminy są bardzo długie. Nawet 3 miesiące, więc nie róbcie sobie nadziei, że załatwicie coś od ręki. Trzeba odpowiednio wcześniej zaplanować badania. Najlepiej pół roku wcześniej – bo często odsyłają na badania dodatkowe i procedura się wydłuża. Teraz ważne – nie macie szans przejść badań pijąc. Nawet jeśli zrobicie sobie tydzień, czy dwa przerwy. We krwi zostanie wykryty podwyższony poziom aktywnego ggtp i zostaniecie z miejsca odwaleni z zaleceniem leczenia odwykowego. Jeśli więc pijecie – nawet „piwko, dwa” dziennie – nie ma szans, by przejść badania. Lekarzom wystarczy spojrzeć na korelacje wyników – próby wątrobowe, ggtp, poziom trójglicerydów, cholesterolu i z granicząc ze stuprocentową pewnością stwierdzą że pijecie. Co ważne – niektóre leki też mogą dawać zbliżone odczyty i tym próbują się ludzie zasłaniać – nie bangla – nie działa – nie ma szans. Odwalą i koniec – nie ma dyskusji. Sama myśl o takim podejściu kiedyś mnie mocno irytowała. Było to do czasu, gdy stanąłem w kolejce do okienka.

Wyjazd o piątej rano i byłem na miejscu jeszcze przed otwarciem rejestracji. Niemal pusto…. Wyszedłem zapalić… Telefon, fajka… może 10 minut. Wróciłem… kur….a ogon… ze 30 osób. Patrzę na nich. Sami faceci. Czerwone twarze, niektóre wyraźnie opuchnięte. Wypełniają formularze przy okienkach i widzę jak papier drży w ich rękach. Niemal wszyscy. Jakieś 25 osób z 30 tak właśnie wygląda. Przecież to regularnie pijący alkoholicy. Oni chcą jeździć !!! Czy ja chcę, żeby oni jeździli po drogach ? Policzmy… Kolejka na 3 miesiące po 25 alkoholików dziennie, razy 16 województw. Ponad 5000 pijących alkoholików czeka w kolejce do odzyskania prawa jazdy…. Czy ja chcę, żeby pięć tysięcy pijanych, bądź skacowanych ludzi wyjechało na ulice ???? KURWA NIE. Mimo, że mi też zabrali za jazdę po pijaku, to nie solidaryzuje się w najmniejszy sposób z tymi, którzy piją i chcą odzyskać prawo jazdy.

Gdy w końcu dotarłem do okienka, dostałem do wypełnienia kilka arkuszy papierów. Już wtedy zaczyna się wywiad. Są tam ogólne pytania dotyczące alkoholu i innych środków psychoaktywnych przyjmowanych. Pytania o choroby. Przebyte i aktualne… Oczywiście dane osobowe, kontaktowe itp. Jak inni dostałem do ręki karteczkę w wypisanymi rodzajami badań i… do kasy. Niemal 600 zł – tyle to kosztowało. Powrót do rejestracji z kwitkiem i kolejne kartki. Krew, okulista, psycholog, kardiologia, orzecznik. Lecimy. Krew szybko poszła, okulista bez uwag, no i psycholog. Tutaj trzeba się zatrzymać na dłużej.

Zaczynamy od testów. Pytań jest około 300. Nie wszystkie na raz. Kartka po kartce. Dlaczego ? Bo pytania się powtarzają w różnych formach. Po co ? Po to byś nie kłamał. Kombinować się nie da. Trzeba odpowiadać szybko i mówić prawdę. Bagatelizowanie problemu będzie źle odebrane. Ja napisałem, że jestem alkoholikiem, od ilu lat piję itp – wszystko zgodnie z prawdą, ale robiłem dopiski – ile lat nie piję i że przeszedłem terapię. Po tych testach jest test na inteligencję i zadanie na koncentrację – pisemne. Gdy oddałem papiery, zostałem poproszony do cichego pomieszczenia, gdzie czekały mnie testy sprawnościowe. Słuchajcie…. spałem tylko kilka godzin. Dwie godziny w samochodzie, półtora w kolejce, półtora na chodzeniu po budynku i testy. Okazało się że wcale nie jest tak super. Przede mną jeden facet o wyjątkowo spuchniętej twarzy dosłownie krzyczał z tego pomieszczenia. Nic nie rozumiał. Nie kumał, że na światło czerwone ma nacisnąć lewy pedał, na zielone prawy a na żółte nic. Pani psycholog dała mu kilka szans nawet… Na darmo. Wyszedł wściekły i poszedł zapisać się na kolejny termin…. za trzy miesiące. Mi też wcale nie poszło wybitnie. Pierwszą sprawnościówkę zaliczyłem super, ale na owych pedałach się zamotałem na chwilę. Ogólny czas reakcji tuż poniżej normy. Można powtórzyć badanie tego samego dnia ( tamten też miał szanse ). Pani była bardzo miła. Powiedziała mi, żebym wypił kawę, zjadł coś, zaczerpnął powietrza. Faktycznie pomogło. Poszło mi już dobrze. Jednak na tym nie koniec. Gdy były wyniki testów, pani psycholog odbyła ze mną rozmowę. Życiową, spokojną, sensowną. O domu, rodzinie, alkoholu, moich problemach. Dostałem pozytywną decyzję bezterminowo. Byłem z siebie dumny.

Dochodziła już chyba godzina 13, gdy usiadłem pod drzwiami orzecznika. Kurde… Tu zaczęła się jazda. Człowiek był do bólu nieprzyjemny. Niemal chamski. Stań prosto, zamknij oczy, ręce przed siebie, traf palcem w nos, teraz drugim. Stań na jednej nodze, na drugiej, schyl się, pokręć stopą, drugą stopą…. Widzę, że na biurku leżą moje wyniki badań krwi. Pan orzecznik mówi mi, że nie ma moich wyników 🙂 ale i tak nie może podjąć dziś decyzji, bo jeszcze mam pogadać z psychiatrą. Zero dyskusji. Pytam kiedy mam tam iść. Proszę się umówić na termin. Idę, umawiam się – za miesiąc. Wcześniej nie da rady. Tak… byłem wkurzony.

Przyjechałem za miesiąc. Nie popełniłem już tego błędu, co wcześniej, i przy okienku byłem bodaj trzeci. Ta sama procedura. Karteczka, kasa – tym razem 100 zł. No i czekam na wizytę. Pogadałem z kobietą. Właściwie nie wiem po co – chyba tylko po to, by zostawić im te sto złotych, ale ok. Byłem grzeczny. Trwało to może 15 minut. Potem wizyta u orzecznika po raz drugi. Tym razem „już” miał moje wyniki. Myślicie, że dostałem decyzję ? Nie… Ani słowa. Powiedział mi że wyniki badań wskazują na to, że faktycznie nie piję, wątroba jest ok. Ma uwagi co do cholesterolu i trójglicerydów. Zalecił dietę i wizytę u lekarza rodzinnego ze względu na nadciśnienie.

Tydzień później dostałem decyzję pocztą. Mogłem zdawać egzamin. Teraz uwaga. Ważność badań – pół roku. Kolejne badania znowu u nich, co według mnie stoi w sprzeczności z literą prawa, ale nie da rady się z tym kłócić. Starostwo Powiatowe też rozkłada ręce – mam się badać u nich. Ja szukałem podstaw prawnych i nie znalazłem. Temat dla prawnika…. ale to za pół roku. Teraz egzamin.

Trzeba zdawać zarówno teorię jak i egzamin praktyczny. Wykupiłem sobie dostęp do portalu z pytaniami i miałem łącznie około 1500 pytań na kategorię A i B. Ściąganie czy coś w tym rodzaju nie ma absolutnego sensu. Trzeba było poświęcić czas i się nauczyć. W międzyczasie zaniosłem papiery do Starostwa i uzyskałem profil kandydata na kierowcę. Ten musiałem zawieźć do WORD, gdzie nadali mi numer i umówili termin .

W dniu egzaminu stawiłem się w placówce WORD i znalazłem siebie na liście. Trzeba mieć dowód osobisty lub paszport. Inne dokumenty nie są respektowane. Żadne inne. Kropka. Nie dziwcie się że o tym mówię. Z mojej grupy wyleciały dwie osoby, bo nie miały żadnego z wymienionych. Żadne zaświadczenia, legitymacje, inne prawa jazdy. Tylko ważny dowód osobisty lub paszport. Objaśniane są reguły egzaminu i zaczynamy. Wyniki egzaminu wyświetlane są od razu po zakończeniu. Na motocykl miałem 100 procent a na samochód jeden błąd. Zdałem oba. Nie umawiałem się na jazdę na ten sam dzień. Nie chciałem potęgować stresu.

Różne mity krążą na temat tego, co wie egzaminator na nasz temat. Wie niewiele (RODO), ale to wszystko, co jest potrzebne wie. To, że mamy zatrzymane prawo jazdy za alkohol też wie. Wyraźnie mi to uświadomił podczas egzaminu na motocykl. Ciężko jest liczyć na jakieś układy, bo komputer losuje egzaminatora na krótko przed samym egzaminem. Z głośników słychać – kandydat na kierowcę numer XXXX jest proszony do podejścia na plac egzaminacyjny, do pojazdu o numerze bocznym XX. I zaczynamy. Dwa zadania z budowy pojazdu, jazda na placu i wyjazd na miasto. Facet był zupełnie obojętny. Monotonnym głosem – proszę skręcić tu, proszę zawrócić, proszę zaparkować, i tak dalej. Ma na liście ponad 30 manewrów, które trzeba zaliczyć. Mi już na początku zdarzyło się wtargnięcie na przejście. Kobieta stała plecami do przejścia i rozmawiała przez telefon. Położyłem nogę na hamulec i obserwowałem. W sekundzie obróciła się i weszła mi pod koła. Zdążyłem się zatrzymać. Egzaminator musiał się dobrze trzymać deski. W sumie zrobiłem jeden błąd. Zdałem. Z motocyklem to był zaś prawdziwy szok. Kiedy dwadzieścia lat temu zdawałem egzamin, jeździłem na WSK 125. Ósemka, ścieżka z małą górką i pętla po mieście. Egzamin na motocykl był traktowany bardzo ulgowo. Mało kto słyszał wtedy o ścigaczach i mocach rzędu 100 koni w motocyklu. Czasy się zmieniły. Dziś jest dokładnie na odwrót. Na samochód zdać łatwo ( około 1-2 osoby na 10 zdają za pierwszym razem ) w stosunku do motocykla ( jedna na dwadzieścia ). Manewrów na placu jest 10 a część z nich przeprowadza się z prędkościami ponad 50 kmh. Męczyłem się bardzo, bo na tym motocyklu siedziałem pierwszy raz a miał ponad ponad 80 koni. Trzeba pamiętać, że każdy manewr można powtarzać drugi raz, jeśli nie popełni się błędu, kończącego egzamin. Takie błędy to np kolizja 🙂 czyli choćby dotknięcie pachołka. Podparcie się nogą już takim błędem nie jest. Zmordowałem ten plac. Inaczej nie powiem. W pierwszej próbie przy rozpędzaniu się do 50… motocykl mi wstał na tylne koło. Jak się facet darł…. byłem pewny że mnie wywali. Podjechałem, i spokojnie powiedziałem, żeby odpuścił. Nie znam tego motocykla, jeździłem zabytkami. Wymęczyłem ten plac ale zgodnie z regułami go zaliczyłem i zostałem wypuszczony na miasto. Tam podziało się kilka dziwnych rzeczy ale bardziej do śmiechu już. Gdy mijałem skrzyżowanie, kątem oka zauważyłem że zmieniło się światło na żółte. Ja przejechałem – egzaminator nie zdążył. Darł się jak głupi do tego radia. Musiałem poczekać na niego za skrzyżowaniem. Sytuacja kuriozalna. Wcześniej mnie trochę opieprzył, że jadę 50 a mogę 70. Potem na tej samej drodze jechałem właśnie 70 gdy zmieniły się światła. Wówczas stwierdził, że na skrzyżowaniu mam jechać 50 – tak zmyślił sobie jakiś przepis. Był bardzo niski, drobny i w okularach. Ja dość duży, raczej nie niski – no chciał podreperować ego, że może sobie na dużego faceta pokrzyczeć. Było co było, egzamin zdany.

Po pół roku trzeba było odnowić badania lekarskie. Zadzwoniłem dwa miesiące wcześniej i ledwo się załapałem. Że tak powiem z łaską. Zalecenia lekarskie wziąłem na poważnie. Była dieta, bieganie, leki obniżające trójglicerydy i leki na ciśnienie. Procedura ta sama. Rejestracja, kasa, karteczka, krew i orzecznik…. przegonił mnie. Przyjedź pan za tydzień. Wyniki dobre ale nie mam czasu pisać teraz, bo pacjenci czekają…. Tak, tak, byłem za tydzień znowu. Pół biedy, że już sam kierowałem, i nie musiałem nikogo prosić. Tym razem orzecznik był miły. Stwierdził, że wziąłem się za siebie i to widać po wynikach. Powiedział mi też, że zwalnia mnie z dalszych badań w WOMP. Teraz będę mógł robić je u siebie w mieście. Spoko. Na pożegnanie dodał: teraz tylko nie pić, a już nigdy się nie będziemy musieli spotykać w takich okolicznościach. Wyszedłem stamtąd i myślę sobie, że zaczynam faceta rozumieć. Nie znosi pijaków. Pod budynkiem, przy papierosach słyszałem wiele. Jakie to chamy, jakie gnoje i jak to jeden z drugim mało piją a nie wolno im jeździć. Na korytarzu słyszałem, jak jeden sinolicy pijak kłócił się z nim. Łacina szła po całości. Gdzieś tam zaświtało, że facet jest na właściwym miejscu i ma bardzo niewdzięczną robotę. Broni trzeźwych ludzi przed pijakami i ćpunami za kierownicą a nic miłego, go za to nie spotyka.

Teraz koszty. Wszystkie wyjazdy, badania, przygotowanie, egzaminy i wydanie dokumentów – mnie kosztowało około 4 tysięcy złotych. To jednak pikuś. Kiedyś policzyłem mniej więcej ile kosztowała mnie wódka, razem z wypadkiem i konsekwencjami. Rachunek powala. Można mały dom wybudować. Trzeźwość jest tania a jednocześnie bezcenna 🙂

Pogody ducha Wam życzę.

Michał

Spread the love
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •   
  •   
  •   
  •   
  •  
  •  

No Comments

Post a Comment