Uwierzyć w depresję. Część druga.

Ponad miesiąc temu byłem na tzw. komisji alkoholowej w sprawie bliskiej mi osoby. Trochę rozmawialiśmy o trzeźwieniu, gdy już sprawy formalne zostały załatwione. Wspomniałem, że zmagam się z depresją alkoholową, na co obecna lekarka zrobiła smutną minę. Współczuję – usłyszałem. To zostaje do końca życia… Wiedziałem o tym. Czytałem. Specjaliści piszą, że nie zawsze ale dość często tak właśnie jest. Moje leczenie trwa już tak długo, że właściwie mógłbym już dać za wygraną i pogodzić się z tym. Czy aby na pewno ?

Od dwóch dni mordował mnie silny nawrót. Wszystko szło „klasycznie”. Poddenerwowanie, irytacja, frustracja, wyrzuty sumienia, nic mi nie pasuje, robota się nie klei… Smutek pomieszany z poczuciem beznadziei. Depresja wypuściła pączki i zakwitła wspaniale swoimi czarnymi, cuchnącymi kwiatami. Czułem się zmęczony, senny i zły na wszystko, co choćby odrobinę nie szło po mojej myśli. W końcu przyszedł alkoholowy potwór – pij stary… ulżyj sobie… Co się będziesz męczył? Zrobisz reset i przejdzie.

Gówno przejdzie. Będzie ryj bolał, kiszki się poskręcają, żyły wyschną, serce będzie wariować, noce staną się bezsenne a problemy się nawarstwią. Depresja wzmocni się dzięki wielkim wyrzutom sumienia i poczuciu przegranej, głód stanie się nie do wytrzymania i całe błędne koło ruszy od nowa.

Cel. Mam cel. W tych trudnych chwilach zacząłem wymuszać zmianę sposobu myślenia. Zamiast myśleć o sobie źle, na siłę powtarzałem sobie swoje zalety. Zamiast widzieć wszędzie jakieś braki i niedoskonałości, starałem się dostrzec to, co jest dobre w moim otoczeniu. Miernie mi to szło ale szło. Załatwiłem dziś kilka trudnych dla mnie spraw i wiele innych drobiazgów a po obiedzie padłem spać na dwie godziny.

Zadziałało. Nie pozwoliłem sobie dziś, by wierzyć w depresję. Ogarnąłem się. Skosiłem trawnik, zrobiłem porządki, uśpiłem malutką i mogę chwilę poświęcić na te przemyślenia. Od jakiegoś czasu świtało mi w głowie, że swój nastrój da się świadomie kontrolować, poprzez odpowiedni strumień myśli. Zacząłem ćwiczyć 🙂 Przyjąłem kilka komplementów tak naprawdę… Bo zawsze, gdy ktoś mnie za coś pochwalił – od razu to odrzucałem. Postanowiłem tego nie robić. W końcu jestem dość dobrym fachowcem. Nie doskonałym ale dobrym. Nie jestem też brzydalem ani kompletnym durniem. Patrząc z boku na to, co osiągnąłem pomimo licznych chorób i problemów – mogę naprawdę być z siebie dumny. Niczego mi do życia nie brakuje.

To jest właśnie klucz. Niczego mi do życia nie brakuje. Gdy w myślach pada to zdanie – pada też głód i depresja. Pada nałogowe myślenie, bo wiem, że alkohol nie jest do życia potrzebny. Co ciekawe, dojście do tego wniosku podczas napadu głodu, jest wyjątkowo trudne. Bo gdy czujesz głód, to przecież właśnie czegoś brakuje. Jednego grosza u pani za ladą, wyrozumiałości urzędnika, zielonego światła na skrzyżowaniu, sosu tatarskiego w lodówce, skarpetki w szufladzie…. brakuje… coś się chce, tylko ni cholery nie wiadomo co… seksu ? czułości ? miłości ? błogości ? zrozumienia ? szacunku ? poważania ? no cholera brakuje…. Tak działa głód…. Tylko gdy powiem – stop i odsunę się od tego na pewien dystans, to zacznę dostrzegać iż czepiam się pierdół. Łapię się każdej drobnej niedoskonałości swojego bytu, aby dać się ponieść w piekło rozpaczy i popłynąć. Gdy popatrzę na swoje życie swoim własnym wzrokiem sprzed wielu lat, to nagle doznaję olśnienia. Mam niemal wszystko o czym zawsze marzyłem, a nawet nieco więcej. Co prawda mam też w cholerę problemów – tych zupełnie realnych, ale jestem w stanie sobie z nimi poradzić.

Wiem, że czeka mnie trudna szkoła, by pozytywne myślenie o sobie i otoczeniu stało się nawykowe i zastąpiło wrodzone wątpliwości i niechęć. Wszystko przede mną.

Pogody ducha Wam wszystkim życzę.

Michał

Spread the love
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •   
  •   
  •   
  •   
  •  
  •  

No Comments

Post a Comment