Uwierzyć w depresję. Część 1

Kończę urlop. To mój ostatni wieczór nad polskim morzem. Odpoczywam po całym dniu jazdy, spacerów, plażowania i pływania. Wszedłem tu i widzę trochę nowych komentarzy – miło mi. Widzę też, że ktoś, podający się za mojego sąsiada pisze „Michał, po co Ci ta maska, wszyscy wiemy że pijesz”. Bardzo to ciekawe :). Adres I.P „sąsiada” podaje jego miejsce zamieszkania jako Czarny Dunajec więc musi być jasnowidzem 🙂 bo to trochę daleko od Bieszczad. Są ludzie, którzy z całych sił pragną, żebym wrócił do regularnego chlania. Solą w oku im stoi to, że się jakoś pozbierałem. Szkoda mi ich. Przykro mi też, ale nie spełnię ich zachcianek. Ja zbyt wiele mam do stracenia. Nie chodzi bynajmniej o jakiś fame, autorytet, bloga…. Chodzi zwyczajnie o życie. Być może nie raz jeszcze upadnę, lecz nie zamierzam długo leżeć i płakać. No właśnie. Z nowości w moim życiu to zakończenie mojego eksperymentu. Wynik 2:1 dla mnie w zasadzie oznacza że przegrałem i nie będę się narażał. Założenie było takie, że raz na pół roku miałem sobie pozwolić na alkohol. Chciałem zobaczyć, co z tego wyniknie. Czy będę potrafił się kontrolować i jak będę to znosił emocjonalnie. Nic ciekawego nie wynikło. Dwa razy było faktycznie pod kontrolą i bez perypetii ale ostatni raz mnie poniosło. Co prawda bez kontynuacji, bez ciągu i tym podobnych ale męczyłem się bardzo. Nie będzie więc kontynuacji tego co miało trwać przez 10 lat. To o czym warto wspomnieć przy okazji, to fakt, że po wypiciu uaktywnia się całe myślenie alkoholika. Nałóg uśpiony budzi się bardzo szybko i jest tak samo silny jak przed laty. Pozwoliłem sobie w moje urodziny, zgodnie z tym co sobie kiedyś postanowiłem. Atmosfera, znajomi… głód okazał się być bardzo silnym. Wystraszyłem się bardzo. Poranek i kolejny dzień był bardzo ciężki. Zwykły zespół odstawienia. Kolejne dni pełne tak silnego głodu, że mało mnie cholera nie wzięła. Przeszło, minęło… odetchnąłem. Żyję i nie piję. Przestałem się dziwić temu, że wiele osób, które zapijają raz, po kilku latach abstynencji, z miejsca wracają do regularnego picia. Poczucie beznadziei jest okropne. Pewnie wiele osób, czytających bloga może się dziwić, co mnie podkusiło do takich prób. Długo by mówić, ale co bym nie powiedział, można by uznać za szukanie wymówek. Wspomnę tylko o obszernym artykule napisanym ponoć przez psychologa, który twierdził, że alkoholik od czasu do czasu też może się napić…. Ehh cholera, pewnie sam był uzależniony i szukał wymówki dla siebie 🙂 Ja sprawdziłem – jestem z tych co to lubię wkładać palec w rany. Sprawdziłem i nie polecam. Nie warto z tym igrać. Kropka.

Długi wstęp mi wyszedł a temat ma być zupełnie inny. Uwierzyć w depresję. Ja się z nią bujam od ponad 10 lat. Raz mi lepiej, raz gorzej. Czasami już czuję się tak dobrze, że chcę odstawiać leki. Mija jednak kilka miesięcy bez leków i robi się groźnie. W minionym miesiącu bardzo dużo się zmieniło. Przez dwa lata pracy z uzależnionymi, moim ulubionym tematem była terapia krótkoterminowa REBT. Uwielbiałem bawić się przykładami obrazującymi różne spojrzenia na ten sam problem. Znałem ten temat na wylot… hmmm znać to jedno… ale czy sam potrafiłem to stosować w życiu ? TO DRUGIE 🙂 W pewnym sensie owszem – potrafiłem, bo w końcu jakoś tam ciągnę. Jednak wiem, że jakiś czas temu stanąłem w miejscu. Taka degrengolada. Dwa kroki w przód, jeden w tył, jakiś siniak, jakiś kopniak, kilka sukcesów, upadek…. Takie kręcenie się w kółko. Nawet mi się pisać nie chciało. Do tego ataki na mnie, na bloga… głuche telefony, czasami i pogróżki. Kurde odechciało mi się. Nagle dzieje się coś dziwnego. Oglądam film podesłany przez przyjaciółkę i dostaję olśnienia. Facet mówi mi to co od dawna wiem ale tym razem zaczynam łączyć fakty i składać wszystko w całość. Dwa lata temu w grudniu wpadam w coś na granicy psychozy. Chce mi się pić. Jestem zły, rozżalony, smutny i rozrywa mnie ból nie do opisania. Jednak nie chcę tego i zaczynam na siłę odwracać myśli. Zamiast myśleć jak mi źle, powtarzam jak mantrę – stary masz wszystko, możesz wiele, nic ci nie brakuje… I czuję jak czarne chmury odchodzą. Wracam do złego myślenia i wszystko wraca. Nagle pojąłem że mogę to kontrolować. Wróciłem jednak na leki, bo te wahania nastroju były bardzo ciężkie do zniesienia dla mnie i dla moich bliskich. O tamtym przeżyciu zapomniałem aż do niedawna. Oto recepta na tak zwane szczęście. Szczęście na życzenie. Szczęście na zawołanie. O każdej porze dnia i nocy. W pogodę i niepogodę. W zdrowiu i w chorobie. Jest banalna: Życie jest takie jak o nim myślisz. Ani lepsze ani gorsze. Co za tym idzie, jeśli myślisz w sposób, który przynosi ból – czujesz ból. Jeśli myślisz w sposób radosny – czujesz radość. W tym miejscu można spuścić ogromną lawinę hejtu, więc potrzebne jest rozwinięcie. W szpitalach, na oddziałach dziecięcych umierają młodzi ludzie. Mimo tego, że nie pozostało mi wiele życia, wielu z nich umiera w pogodzie ducha. Dlaczego ? Nie raz widziałem ludzi kalekich, którzy mają dystans do siebie i nic nie robią sobie ze swojej choroby. Dlaczego ? Wielokrotnie spotkałem się ze świadectwami osób, których los potraktował wręcz okrutnie, ale oni nigdy się nie załamali. Dlaczego ? Bo nie myśleli w sposób życzeniowy, magiczny i roszczeniowy. Nigdy nie myśleli, że wszystko w życiu ma być dobrze, gładko i beztrosko. Uznali porażki, choroby i kalectwo za normalną część życia, z którą nie ma sensu się kłócić. Jest i tyle. Tacy ludzie żyją tylko tu i teraz. Nie fantazjują o tym, co by było gdyby. Dla nich jest co jest. Co mogą, to zmieniają, czego nie – odpuszczają i nie myślą o tym. Przecież to fragment modlitwy o pogodę ducha. Ze strony przeciwnej można postawić ogromną ilość ludzi, którym w życiu nic nie brakuje, a jednak są nieszczęśliwi, znerwicowani, smutni. Wpadają w nałogi, trwonią majątki, rozbijają rodziny, okaleczają się, popełniają samobójstwa. Dlaczego ? Bo ciągle chcą więcej od życia, zupełnie nie widząc że mają już wszystko, co do życia jest potrzebne. Ciągle przeżywają własne błędy, zamiast uczyć się na nich. Ciągle martwią się tym, co przyniesie przyszłość i ze strachu nie mogą spać. Zaczynają mówić o potrzebie ucieczki, resetu, zapomnienia… I szukają tego w alkoholu, narkotykach, hazardzie, grach komputerowych czy sportach ekstremalnych. Ukojenie jest jednak chwilowe. Dokładnie tak samo jak leki w depresji. Dają trochę spokoju i wyciszenia ale nie zmieniają nic w życiu. Sposób myślenia nadal zostaje chory i będzie chory, póki sami go nie zmienimy. Osobom uzależnionym wyjątkowo bardzo zależy na tym, by tego sposobu myślenia nie zmieniać. Przecież każde, przykre wydarzenie losowe może być wybornym pretekstem do tego, by sięgnąć po alkohol czy prochy. Ja przez lata pielęgnowałem w sobie takie właśnie myślenie, do momentu gdy pojąłem iż mogę zupełnie łatwo kontrolować swój nastrój. Od niedawna zdarza mi się nagle parsknąć śmiechem, gdy moje myśli idą na dno. Tak, nie pomyliłem się. Śmieję się z siebie, bo to głód szuka drogi, na spółkę z depresją. Jedno chce mnie upić a drugie dać wytłumaczenie i położyć do łóżka. No dobra… Koniec części pierwszej. Późno się robi a ja jutro mam 848 km do domu za kierownicą. Część druga niebawem.

Pozdrawiam

Michał

Spread the love
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •   
  •   
  •   
  •   
  •  
  •  

No Comments

Post a Comment