Szósty rok leci.

Jakiś czas temu minęło 5 lat odkąd podjąłem leczenie. Przyszedł czas by podsumować ten okres. Gdy zaczynałem, miesiąc wydawał się być osiągnięciem dość trudnym, zaś rok był wręcz magicznym okresem czasu. Trudno było sobie pomyśleć o tak długim okresie bez picia. Dziś nieco inaczej patrzę na to wszystko. Liczy się dzień. Ten jeden, tu i teraz. Ta godzina, ten moment, ta sekunda. Przez te 5 lat było wiele trudnych chwil, gdy załamywałem ręce i zupełnie nie wiedziałem co ze sobą zrobić. Dociekałem prawdy o sobie. Zupełnie nie wiedziałem kim jestem i co chcę robić. Urodziłem się na nowo. Trzydziestopięcioletni facet, który łapie się za głowę i myśli sobie… Tyle rzeczy w życiu spieprzyłem i tyle czasu zmarnowałem bezpowrotnie. Czasy pijaństwa kładą się na mnie cieniem do dziś. Na szczęście nie mam już tak potwornych wyrzutów sumienia, bo gdzieś tam w środku zakorzeniła się myśl, że tego już nie zmienię. Dzień po dniu robię swoje. Dzieci, dom, praca… Ciężko o wolną chwilę, co widać tutaj. Mało tych wpisów i to nie dlatego, że nie chcę… Tylko nie mam kiedy. Moje życie wypełniło się życiem. Do tego stopnia, że zwyczajnie padam wieczorem spać, gdy tylko uśpię córeczkę. W dzień tylko mogę pomarzyć, o wolnym czasie na pisanie. Gdy tutaj wracam, odżywa wiele wspomnień. Nie koniecznie są one dla mnie miłe. Ten blog był świadkiem wielu sukcesów, ale też całkiem sporej ilości porażek. Zaczął się od opisów pobytu w więzieniu… Tamta sprawa do teraz nie jest zakończona. Po wypadku i chorobie pozostały ogromne, jak na moje możliwości długi. Jeszcze do niedawna liczyłem na to, że ulegną przedawnieniu za jakiś czas, lecz to po pierwsze nie jest takie łatwe i oczywiste, a po drugie, taka postawa nie służy trzeźwieniu. Postanowiłem wziąć odpowiedzialność za ten stan rzeczy i rozpocząłem działania mające na celu spłatę zobowiązań. Sama ta decyzja przyniosła mi ulgę. Spłata tych zobowiązań może trwać bardzo długo. Może i 10 lat, ale trudno – zrobię to. Myślę że jeszcze wystarczy mi sił na kilka lat ciężkiej pracy.

Trochę odszedłem od tematu, więc wrócę i w skrócie opowiem te pięć lat, raz jeszcze, patrząc z dzisiejszego miejsca.

  1. Rok… Niemal wyjęty z życiorysu. Lęk, bezsenne noce, poty, chwiejny krok, problemy z pamięcią, koncentracją, sercem i … wątrobą. Cel był prosty – rok bez picia. Tych celów zresztą było więcej. Odbudowa relacji z rodziną i przyjaciółmi, powrót do pracy, terapia. Bywały takie dni, że z trudem szedłem te kilkaset metrów do przychodni. Dopadało mnie zwątpienie, czy przeżyję kolejny dzień. Marzyłem o tym by się położyć i leżeć. Depresja poalkoholowa rozwinęła się „cudownie”. Byłem bardzo słaby a każda praca fizyczna wywoływała u mnie lęk, trudny do opanowania. Gdy ten rok minął, nadal czułem jakbym miał kaca. W uszach wciąż brzmiały mi słowa lekarki, która mnie przyjmowała – pan nie ma szans…. Że wredny jestem, stwierdziłem, że mam jej coś do udowodnienia…. Piękna chwila z tego roku – jeden październikowy dzień, gdy poczułem się normalnie. Zwyczajnie nic mnie nie bolało, nic nie przeszkadzało – zwykły jeden dzień, za który jestem bardzo wdzięczny, bo dał mi dużo motywacji.
  2. Rok… Powoli zaczynałem się rozwijać. Zacząłem uczyć się nazywać własne uczucia i robiłem to coraz lepiej. Pozwalało mi to na autodiagnozę, czyli lepsze zrozumienie tego, co działo się w moim wnętrzu. Co za tym idzie mogłem szybciej reagować na nagłe zmiany nastroju i zapobiegać napadom głodu. O ile z pierwszego roku pamiętam głównie strach przed alkoholem i potężne obrzydzenie, to w drugim roku poczułem się lepiej i nieco pewniej. Co ciekawe, właśnie z lepszym samopoczuciem wróciło sporo głodu. W pierwszym roku głód bywał najczęściej sytuacyjny, spowodowany kontaktem z wyzwalaczami…. Nikomu nie polecam imprez, gdzie pije się alkohol, nawet masowych – z kilku uciekłem. W drugim roku też zainteresowałem się terapeutyką na poważnie. Szukałem czegoś co chciałbym robić. Pomagać innym, to szczytny cel, a gdyby jeszcze przy tym móc się jakoś utrzymać finansowo, byłoby pięknie. Dużo czytałem, dużo analizowałem, oglądałem co tylko się da w telewizji i w sieci, by zdobyć szeroką wiedzę na te tematy. Doceniono to i zostałem zaproszony do pracy w prywatnym ośrodku terapeutycznym. Co zabawne dzisiaj… od początku czułem duży stres z tym związany ( w dalszej części wyjaśnię ) ale chciałem to robić. Wiedziałem doskonale, jak cierpią chorzy i chciałem ich z tego wyciągać, pokazywać na własnym przykładzie, że można…. Piękna chwila z tego roku trzeźwienia – pozytywny test ciążowy – wow będę ojcem 🙂
  3. Rok. Był to czas, który głównie pamiętam z pracy w ośrodku. Dostawałem coraz ambitniejsze tematy i spędzałem tam, coraz więcej godzin. Czułem się jednak wyczerpany i nie potrafiłem się przełamać, by wywalić stres, który zawsze mi towarzyszył, gdy tam jechałem. Wyszedł też na wierzch mój idealizm i kilka razy ostro postawiłem się właścicielom, wiedząc że mam rację… Dziś pewnie bym olał, bo więcej z tego miałem nieprzyjemności, niż pożytku. Kontakt z chorymi działał na mnie terapeutycznie – kazał mi świecić przykładem 🙂 jednak stres, związany z prowadzeniem zajęć mnie wykańczał. Chciałem to robić, ale opadałem z sił… Jednocześnie wstydziłem się o tym powiedzieć. No bo JA ?? Ja nie dam rady ?? Pewnie że dam 😛 Nie dałem. Depresja się bardzo mocno pogłębiła. W trzecim roku postanowiłem bowiem zostawić leki przeciwdepresyjne, uważając że nie ma już sensu ich brać. Efektem był silny nawrót i stany wręcz psychotyczne. Wahania nastroju były szalone. Od euforii do całkowitej beznadziei w kilka godzin. Do tego wszystkiego doszła sytuacja z moim mentorem… który okazał się być zwykłym oszustem. To mnie mocno pogrążyło. Mogę też powiedzieć, że sam się tym mocno pogrążyłem. Dziś też bym to olał, w myśl – nie ruszaj kupy…. Omiń i idź swoją drogą. Tak, czy owak był to kolejny ciekawy rok życia. Zacząłem też mocno swoją przygodę z odrestaurowywaniem sprzętu audio. Poczułem, że to mnie bardzo wciąga i zaczęło to przynosić wymierne korzyści finansowe. Piękna chwila z tego roku trzeźwienia to narodziny mojej drugiej córeczki – Jagody. Kupiłem też motocykl.
  4. Rok. Zacząłem sobie układać w głowie – gdzie jestem i do czego zmierzam. Wróciłem do leków przeciwdepresyjnych i poczułem ulgę. Gdy wydawało mi się, że zaczynam panować nad swoim życiem i zachowaniem straciłem pracę w ośrodku. To było dziwne, ale nie będę tu publicznie prał brudów 🙂 Dobrze się stało. Doszło też do pewnego przełomu. Jednego dnia, w ciągu kilkunastu minut zrozumiałem w czym tkwi sprzeczność. Moja wewnętrzna sprzeczność, która rujnuje mi życie. Jestem introwertykiem w 100%. Źle się czuję w grupach ludzi. Wręcz nie wiem, jak się mam zachować. Jeśli ktoś mnie zna, to może mu wydać się to absurdem, ale tak właśnie jest, lecz od lat to ukrywałem. Na siłę chciałem być tzw duszą towarzystwa i potrafiłem dość dobrze to symulować. Moje odkrycie było dużym przełomem. W tym roku też zakochałem się ponownie. W życiu… Tak, były też fajerwerki 🙂 Zrobiło mi się dobrze, gdy w swoim warsztacie zostałem panem swojego losu. Sporo łez popłynęło już, dzięki ludziom, którzy wyżywali się na mnie, za bloga, za terapię…. Odciąłem się. Social media przestały praktycznie dla mnie istnieć. Niechętnie odbierałem telefony od byłych pacjentów. My workshop is my castle. Wypad z mojego życia wszystkim natrętom i nieudacznikom, szukającym we mnie przyczyny swoich własnych mizernych porażek. Ja wiem, że skoro ja mogę, to każdy może. Wszystko zależy od ilości pracy włożonej w trud trzeźwienia. To nie jest tabletka. Trzeźwienie, to sposób na życie – do końca życia. Piękna chwila z tego roku…. Dzień w którym mi powiedziano, że nie pracuję dłużej w terapii 🙂 Druga to przejście badań dla kierowców – kończył mi się zakaz prowadzania pojazdów
  5. Rok. Zaczął się z hukiem i przytupem – zdałem egzaminy na prawo jazdy kat B oraz teorię na kat A. Sam egzamin śnił mi się po nocach i byłem tym wszystkim tak zaaferowany, że ostatecznie nie uznałem go za „ten” moment roku. Po lekach moja sytuacja „depresyjna” zaczęła się stabilizować. Odpuściłem sobie zupełnie tematy związane z terapią a jedynie zamykałem stare, rozpoczęte sprawy. Nie mogłem zostawić tych osób, które mi zaufały, pracowały nad sobą i chciały zmian w życiu. Do teraz zresztą służę radą, tym, którzy naprawdę tej pomocy pragną. Postanowiłem też wyluzować bloga. Brak czasu sprawił, że automatycznie niejako, wyłączyłem tryb pisania o alko. W piątym roku zacząłem też życiowy eksperyment 1:0 dla mnie – wyniki ostateczne za kilka lat. Mój biznes zaczął bardzo przyspieszać. Niania rano, producent do wieczora, niania wieczorem – czasu dla siebie brak. Co jakiś czas natomiast robię sobie wycieczki po kraju. Hotel, spokój, piękne wrażenia, poznani osobiście klienci 🙂 super. Piękna chwila – nad morzem…. Ehhh cały pobyt 🙂 i wyjazd do Konstancina – ten spokój…… Wrażenia nie zapomniane.

Trwa szósty rok. Leżę wygodnie w domu nad Soliną i czuję się całkiem nieźle. Nie próbuję już nikogo nawracać, nie ciągnie mnie do imprez, nie mam żalu za tym pseudo „rajem utraconym”. Mój raj jest tu gdzie jestem, w tej chwili, w której jestem. Proces zdrowienia trwa. Głód pojawia się co jakiś czas. Świadomość bycia nieuleczalnie chorym jest na stałe wpisana w moją pamięć. To są pewne ograniczenia, ale z kolei te wszystkie możliwości, które odblokowała trzeźwość rekompensują milionkrotnie niedogodności, jakie przynosi choroba.

Pozdrawiam serdecznie.

Michał

Spread the love
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •   
  •   
  •   
  •   
  •  
  •  

1 Comment

  • Doris

    Lipiec 1, 2019 at 4:02 pm Odpowiedz

    2.07.2019. Godz 11:58
    Słońce wrzało …
    Teraz zeszło kolejny przyjaciel alkoholik umarł z przebicia teraz jest jakos dziwnie parzy A słońca niema w około czuć smród ciała umratego…. Choć umarł daleko….
    Powodzenia wszystkim nie pijacym…
    Aby ….
    Sami dokończone w myślach.😭😭😭

Post a Comment