Wyzwalacze.

Mało kto z pijących zdaje sobie sprawę czym są i jak działają. Jeszcze mniej wiedzą o tym bliscy osób uzależnionych, przez co często popełniają błędy, utrudniające trzeźwienie swoim chorym. Gdy spotykałem się z rodzinami alkoholików i narkomanów, wiele razy widziałem niedowierzanie i spojrzenia pełne niewiary, niechęci nawet. Zetknąłem się nawet z postawami absurdalnymi, gdy ktoś próbował „ćwiczyć silną wolę” chorego ostentacyjnie pijąc przy nim. Jak to działa ? Nie chcę wchodzić w super szczegóły na granicy pojedynczych komórek nerwowych, więc powiem ogólnie. Jesteśmy troszkę jak alergicy. Z bardzo silną „alergią na alkohol”. Wiecie że przy silnej alergii nawet śladowe ilości niektórych alergenów ( niektóre orzeszki ) można dostać wstrząsu i zwyczajnie umrzeć. My tak reagujemy na alkohol. Na jego obecność w naszym otoczeniu a nawet na to, co kojarzy się z alkoholem. Kapsel, etykietka, dźwięk otwieranej puszki, syk odkręcanego napoju gazowanego, widok innych ludzi pijących alkohol, zapach alkoholu, czy też widok butelek w sklepach. To są wyzwalacze zewnętrzne. Rzeczy, które docierają do nas poprzez nasze zmysły. Są też wyzwalacze wewnętrzne, które są bardziej „spersonalizowane”. Są to różne sytuacje i stany emocjonalne, które głód wywołują. Tych „alergenów” w życiu uzależnionego jest bardzo dużo. Ja na przykład nie wiem dlaczego ale mimo woli wiem dokładnie gdzie stoi moja”ulubiona” wódka w każdym sklepie w okolicy. Żebym w sufit patrzył to i tak właśnie ta etykietka mi się przesunie przed oczami, bo niestety alkohol stoi w sklepach najczęściej tuż za kasjerem. Są wyzwalacze silniejsze i słabsze. Do widoku alkoholi w sklepach można z czasem przywyknąć. Na początku trzeźwienia, gdy przechodziłem obok półek z alko, robiło mi się słabo. Serce mi przyspieszało, czasami pojawiał się pot na czole. Omijałem o ile miałem możliwość. To jest niewiarygodne, lecz mózg rejestruje obecność, dostępność, bliskość alkoholu w ciągu 0,004 sekundy. Ta informacja jest przetwarzana i zależnie od stanu „zapory” chorego może przebić się do świadomości w postaci głodu od razu, lub nawet do kilku dni. Bywa tak, że alkoholik bierze udział w imprezie z alkoholem, dobrze się bawi, nie pije, jest zadowolony i cieszy się, że jest tak dobrze, a po kilku dniach jest w ciągu alkoholowym i nie ma pojęcia dlaczego tak się stało. Głód pojawił się z opóźnieniem. Przyszedł smutek, złość, życie nagle stało się trudne do zniesienia. Dzban się napełnił i przelał nagle … bardzo gwałtownie. Gdy sam wybierałem się na takie imprezy, szedłem na nie z pełną świadomością tego, że mogę to przypłacić cierpieniem. Nie pijąc, nie zmienię świata i nie powstrzymam moich wszystkich znajomych od spożywania alkoholu. Pogodziłem się więc z tym, że chcąc zachować pewne znajomości, narażę się na głód. Nie sposób pomiąć tu faktu odrzucenia wszystkich tych, którzy pomimo poinformowania o moim postanowieniu dalej namawiali na picie. Tych osób już nie ma wśród moich znajomych. Do sedna jednak…. Wyzwalaczy trzeba unikać, o ile jest to tylko możliwe. Nie ma sensu kopać się z koniem. Nie ma sensu walczyć z czymś co jest niezmordowane, ma nas gdzieś i wiele razy już z tym przegraliśmy. Mimo kilku lat walki z nałogiem do dziś o ile sytuacja mnie nie zmusi, to nawet nie dotykam butelki. Nie polewam, nie przebywam z pijącymi zbyt często, nie chodzę do barów piwnych, unikam kontaktu z wyzwalaczami, bo to sprawia, że czuję się komfortowo. W niedzielę wróciłem z urlopu nad naszym pięknym morzem. Wyjątkowo ciepłe w tym roku 🙂 Piękna pogoda, wiele osób na plażach, pasaże handlowe czynne do późna w nocy, dyskoteki, restauracje, bary… no i alkohol…  Każdego ranka jeździłem do pobliskiego sklepu po pieczywo i niemal codziennie widziałem małe dramaty. Alkoholikowi marzy się często, by wypić sobie duszkiem zimne piwo na słońcu, zagiąć uśmiech na twarzy i spędzić przyjemnie dzień. Jakże to inaczej wyglądało. Tanie piwo i dwie setki w kieszenie. Zmęczona twarz, czerwone oczy, drżące dłonie i kropelki potu na czole… Kilka kroków od sklepu otwarcie puszki i wlewanie w siebie…. Patrzyłem z papierosem w zębach na ten ponury widok i nie było w nim nic, z marzeń o „tym jednym zimnym z uśmiechem na twarzy”… To był upadek nie starych jeszcze ludzi, bo takich widywałem najczęściej o poranku  z objawami zespołu odstawiennego.  W przeddzień wyjazdu zainspirował mnie właściciel jakiegoś baru pewnie… W wózku sklepowym miał ze 40 kg cytryn, 40 kg pomarańczy i kilkadziesiąt butelek piwa bezalkoholowego. Sięgnąłem w pamięć i myślę… kurcze bardzo dużo osób to kupuje i pije a mi wiele razy mówiono że to silny wyzwalacz. Tyle że czasy były inne. Gdy ja zaczynałem trzeźwienie, piwo nazywane bezalkoholowym, w rzeczywistości zawierało niewielkie ilości alkoholu. Wziąłem więc do ręki taki napój i czytam 0,00 … Nie ma alkoholu zupełnie… Pomyślałem… kurcze lubiłem kiedyś ten smak… tylko czy stać mnie na taki eksperyment ? Najsilniejszego wyzwalacza, czyli samego alkoholu tam nie ma, ale jest cała reszta. Jest butelka, jest smak, jest rytuał. Zdecydowałem się spróbować, jak podziała to na mnie, tym bardziej, że znajomi wiele razy proponowali mi właśnie takie piwo a ja konsekwentnie odmawiałem. Pomyślałem też że chcę to opisać, bo taka alternatywa jak piwo 0,0 jest bardzo kusząca dla osób, które lubią smak a mają problem a alkoholem. Kupiłem i zabrałem na plażę. Hmm głupie nie ?  🙂  Powiem tak. Smakowało to nawet ok, nie poczułem żadnej iluzji upijania się, nie miałem ochoty otwierać kolejnych butelek, ALE…  rytuał otworzył wspomnienia z picia prawdziwego piwa. Nie z czasów nałogowego alkoholizowania się ( bo o tym nie chcemy pamiętać ) a z czasów, gdy korzystałem z alkoholu rekreacyjnie. Siedziałem tam jak zamurowany. Myślałem o tym bardzo intensywnie. Wyrzuciłem butelkę do kosza na plaży i wskoczyłem w fale. Nie przyszedł głód w postaci – idź, kup, pij. Przyszła nostalgia, smutek, żal. Przyszedł też lęk, że to może wrócić w każdej chwili. Przyszło potwierdzenie, że to NIE jest żadna alternatywa dla trzeźwiejącej osoby. To troszkę tak, jakbym pił wodę mineralną z butelki po wódce i nalewał ją sobie do kieliszka… Bez sensu… nie ?  Tak więc odpuszczam sobie takie pomysły na przyszłość i nie polecam nikomu takich prób.

Na koniec kilka słów o urlopie… albo nawet nie kilka a jedno – zajebisty 🙂  Czasami trzeba wyrwać się z monotonii życia codziennego. Fizycznie wróciłem zmęczony ale psychicznie 🙂 jest ok.

W piątek i w sobotę w miejscowości Dołżyca koło Cisnej w Bieszczadach odbędzie się festiwal muzyczny. Będę tam jako wolontariusz DKMS. Będziemy rejestrować potencjalnych dawców komórek macierzystych dla osób z nowotworami krwi. Chętnych i zdecydowanych zapraszam, lecz ostrzegam, że alkoholizm wyklucza możliwość rejestracji.

Pozdrawiam serdecznie

Michał

Spread the love
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •   
  •   
  •   
  •   
  •  
  •  

1 Comment

  • Jarek

    Maj 8, 2019 at 5:59 am Odpowiedz

    bardzo fajnie sie to czytało.

Post a Comment