Małe rzeczy ? Czyli jak stałem się gosposią :)

Składamy się z atomów, a one z jeszcze mniejszych cząstek… Drobiazgi… to właśnie z nich składa się życie i cały świat jaki znamy. Uśmiech w stronę zmęczonego kasjera wywołuje ożywienie i błysk radości w jego oczach. Zwykłe dziękuję, proszę, miłego dnia… niepozorne gesty, tak często lekceważone, są dla nas takie miłe i ważne. Koło szóstej rano budzi się moja piętnastomiesięczna córeczka. Tata ! Mama ! Tatatatatata ! Mamamamama ! Stoi w łóżeczku i czeka. Już wie, że gdy któreś z nas wstanie, to za chwilę dostanie upragnione mleczko 🙂 Drobiazg… dwieście mililitrów w butelce ze smoczkiem… drobiazg dla nas – dorosłych a dla niej coś upragnionego, wielkiego… Brak mleczka byłby ogromnym dramatem dla Jagódki ! Zaspany zsuwam się po schodach do kuchni. Oczy ledwo widzą nowy dzień, ale ręce już odruchowo wykonują co trzeba. Gdy wracam do sypialni, jej oczka błyszczą z radości… Jest podekscytowana, zupełnie jakby właśnie stało się coś doniosłego…. Dla mnie to codzienna rutyna, lecz dla niej to upragniony posiłek, bez którego będzie czuła się bardzo źle. Najedzona i przebrana jest spokojna, zadowolona. Siada do swoich zabawek i skupia się na nich. Czasami, gdy tak na nią patrzę, pojawia się żal, że dopiero teraz widzę całe piękno bycia ojcem. Żegnamy mamę, która jedzie do pracy i zaczyna się nasz dzień. Jagoda w kojcu bawi się klockami drewnianymi, ja sprzątam kuchnię, przeładowuję zmywarkę, wycieram blaty, sprzątam salon. Drobiazgi… ale jak ważne. Jagoda za chwilę dostanie buciki i dokładnie sprawdzi, czy wszystko zrobiłem dobrze. Znajdzie każdy śmieć i będzie dobrze, jeśli nie będę jej go wyrywał z buzi 🙂 Muszę być więc dokładny…  Pierwsze dni, odkąd Ewa poszła do pracy były dla mnie trudne. Jagódka nie rozumiała tego… Dlaczego mama znika gdzieś za drzwiami ? Uderzała rączką w drzwi, płakała i wołała ją… a ja bałem się, czy podołam. Zacząłem też doceniać to, co przez rok robiła żona. Ja pracowałem dużo i tylko czasami zajmowałem się malutką. Sięgałem do szafy, gdzie zawsze były czyste koszulki, bielizna… Drobiazgi… po cichu zawsze dziękowałem… Spróbowałem też głośno, ale mnie wyśmiała, że niby nieszczerze… Przestałem więc, ale wdzięczny jestem. Z Jagódką spędzam czas do jedenastej mniej więcej… Bałem się, tymczasem w dni, w które nie mam wysyłek i pilnych spraw z pracy – odpoczywam przy niej. Cieszę się tymi godzinami. Uśmiech dziecka roztapia wszystkie smutki i złość. Pieluszki, butelki, smoczki… moi koledzy w większości uciekają przed tym a ja wcale się od nich nie różniłem. Pewnie nadal bym uciekał, gdybym nie został postawiony pod ścianą 🙂 Jagoda najwyraźniej zaakceptowała moje zabiegi i żyje nam się całkiem przyjemnie razem. Doszło też coś, co napełnia mnie dumą 🙂 Zanim zacząłem z nią zostawać, mało kiedy wołała mnie. Każdy problem zgłaszała wołając mamę. Teraz woła po równo 🙂 Stałem się dla niej bardzo ważny, potrzebny… co napełnia mnie ojcowską dumą i radością. Zauważyłem też, że lubię zajmować się zmywarką i fajnie się złożyło, bo Ewa tego nie znosi. Po dwóch miesiącach, rozrzucanie czystych naczyń po szafkach i szufladach opanowałem do perfekcji. Nie byłbym sobą, gdybym się troszkę nie ponabijał z żony… Łyżeczki 🙂 ponad trzydzieści sztuk. Każdego dnia większość jest w zmywarce… Nie wiem jak ona to robi, ale udaje jej się. Na początku marca bywało jednak nerwowo… Wyłącznie z mojej winy. Bałem się… Ponoć to naturalne – lęk przed nieznanym. Szybko przeszło :). Nakarmić, przebrać, pobawić się, uśpić, przebrać, nakarmić… drobiazgi 🙂  Przy tym wszystkim, w końcu stuknąłem się nieco w głowę niedawno. Wiecie, że naciągam się z depresją ? No tak mówiłem przynajmniej – bo tak czułem i mam to na piśmie nawet. Przecież robię wielkie postępy i nawet tego nie zauważam. Jesienią odstawiłem leki przeciwdepresyjne. Świadomie. Czasami zapominałem je brać, czułem się dobrze, nie widziałem potrzeby kontynuacji leczenia. Wiedziałem natomiast, że ten ruch może wywołać nawrót. Wywołał – pisałem o tym. Po kilku tygodniach zaczęły się wahania nastroju. Melancholia, smutek i bardzo dużo iluzji. Grudzień był bardzo ciężki. Pamiętam go jak przez mgłę, lecz uparłem się, że nie wrócę do leków. Kiedyś przecież trzeba to skończyć ! Huśtawka rozbujała się do granic. Od skrajnej niechęci do życia, małżeństwa, trzeźwości, do radości i spełnienia. Huśtawki mają jednak to do siebie, że w końcu się zatrzymują 🙂 Moja jeszcze nie stanęła całkiem, lecz to już tylko delikatne ruchy. Korzystając ze sposobności, kilka słów zamieszczę do osób, które się „szczerze zmartwiły” moim stanem. Dzwoniliście do Miry ? Wacława ? Dlaczego nie do mnie ? 🙂 wyluzujcie i zajmijcie się sobą proszę. Macie większe problemy niż ja.  Mimo trudnych chwil, doskonale sobie poradziłem z zejściem z leków. Nie zapiłem, nie zrobiłem sobie krzywdy. I nawet nie wiele, jak na moje „standardy” głupoty się ze mnie wylało. Nie pozwalam tej mojej huśtawce się rozbujać za bardzo. Moje „smutki” trwają już bardzo krótko – maksymalnie kilka godzin i są bardzo słabe. Nie do przecenienia jest tutaj wiedza i umiejętności. Panowanie nad własnym nastrojem to coś niezwykłego. Terapia behawioralno poznawcza zrobiła tu swoje i stąd wielki ukłon, dla wszystkich, którzy pracowali ze mną i pokazali mi właściwą drogę.  Umysł faktycznie może stać ponad nastrojem. Szkoda, że przy okazji spaliłem kilka mostów… wróć… BYŁO mi szkoda, lecz tylko przez chwilę. Wolność jest czymś uff… niesamowitym. Właściwie to nie spaliłem mostów a oczyściłem z nich rzekę, bo tylko tamowały bieg… Przez minione lata szukałem poklasku. Tak 🙂 mam parcie na szkło… na szczęście coraz mniejsze ale jednak.  Mój lęk przed samotnością i odrzuceniem miał tutaj niebagatelną rolę. Nie przyszło mi nawet do głowy, że utrzymywanie niektórych znajomości zwyczajnie mnie męczy i sprawia, że nie jestem sobą.  Nie tak dawno zostałem zaatakowany przez kogoś, kto doskonale zna moje słabości… Zobaczyłem, posłuchałem, wziąłem toporek, i most runął… Nie potrzebuję takich „przyjaciół”.  Wielokrotnie grałem pod publiczkę a to musiało i wywoływało wewnętrzny bunt. Organizm ludzki nie znosi sprzeczności. Prymitywnym przykładem jest choroba morska. Sprzeczne informacje z błędnika i wzroku powodują wymioty. Ja sam sobie serwowałem takowe. Chciałem być dobrym dla wszystkich za wszelką cenę, tyle że ja nie jestem, nie byłem i nie będę jakimś tam dobrym samarytaninem. Jestem interesowny, mam swoje potrzeby i potrafię być okrutny, broniąc swoich interesów. Uważacie, że to złe cechy ? Nie. To wszystko cechy zdrowego człowieka, czy Wam się to podoba, czy nie. Moje „wymioty” powodowało udawanie kogoś, kim nie jestem. Bloga też od jakiegoś czasu pisałem pod publiczkę. Nie znalazły się tutaj informacje fałszywe, ale ich przedstawianie było… no zjebane było 😛 Ach i tak…. uwielbiam przeklinać… nie muszę, nie ciśnie mnie, i robię to przy ludziach którzy mnie dobrze znają,  ale uwielbiam bawić się niegrzecznym słownictwem…. Widzicie… masa drobiazgów, składająca się na całość. Od jakiegoś czasu składam to wszystko i z zaciekawieniem patrzę co mi wychodzi. Czuję się z tym dobrze. Zaczynam więcej widzieć, gdy odrzuciłem stereotypy i wywaliłem własne szufladki, w których trzymałem wiele osób. Jestem całkiem dobrą gosposią, znośnym ostatnio mężem i chyba nie głupim ojcem. Lubię swoje życie – zaskakuje mnie tak często.

Trzymajcie się trzeźwo 🙂 Miłego dnia

 

Michał

 

Dorzucę jeszcze motto na dziś 🙂

NIEWAŻNE JAK WOLNO ROBISZ POSTĘPY. I TAK JESTEŚ O KROK DALEJ NIŻ WSZYSCY, KTÓRZY SIEDZĄ NA DUPACH I NARZEKAJĄ 🙂

Spread the love
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •   
  •   
  •   
  •   
  •  
  •  

2 komentarze

  • Maciej

    Kwiecień 23, 2018 at 3:13 pm Odpowiedz

    Panie Michale,
    od dłuszego czasu czytam Pana bloga i nigdy nie się nie odzywałem poniewasz z pisaniem mi trochę ciężko idzie. Zawsze blog był pisany bardzo fajnie, prosto i trafiał do mnie. Od jakiegoś czasu nie wiem co się dzieje, ale wpisy są jakieś haotyczne, niezgodne i w sumie to nie wiem co myśleć. Z jednej strony przydałoby się zacząć martwić o Pana zaś z drugiej strony mam wrażenie jakby Pan tej pomocy od nikogo nie potrzebował.
    Z jednej strony muwi Pan że to koniec z blogiem, a za chwilę znowu Pan coś pisze, raz się Pan zwalnia, a puźniej Pana zwalniają. Z jednej strony smutek z drugiej zaś radość – jakieś to wszystko nie spójne i nie pasujące do Pana. Zawsze Pan chciał tak bardzo pomagać i było to takie warzne dla Pana teraz Pan wszystko ucina. Czy to nie przypadkiem jakiś duży głód Pana męczy???

    • Michał

      Kwiecień 23, 2018 at 4:43 pm Odpowiedz

      Bardzo słuszne spostrzeżenie. Ostatnie pół roku było całkowicie popieprzone. Nawet więcej niż pół. Jak na huśtawce. Optymizm przeplatał się ze skrajnym pesymizmem a przyjemne uczucia z ekstremalnie nieprzyjemnymi – to skutek odstawienia serotoniny. I tak – potwierdzam, chciałem zrezygnować z pracy w ośrodku i jednocześnie żal mi tego było, bo dużo serca w to włożyłem. Ostatecznie faktycznie mnie zwolniono, ale dobrze się stało, bo sam jakoś nie miałem odwagi. Po zwolnieniu – wielka ulga i wielka radość. Spokój, wolność… Co do chęci pomagania innym 🙂 nadal jest takowa i robię to dalej ale już wyłącznie na własną rękę i w bardzo wąskim gronie. Dla mnie w pewnym momencie zrobiła się z tego masówka i straciło to na jakości, więc zostało przy mnie cztery osoby, które chcą pracować i tyle… nic więcej. Nikogo więcej nie ogarnę. Gdy ktoś odejdzie, może znajdzie się następny. Co do głodu alkoholowego 🙂 pojawia się czasami, bo to normalne, ale obecnie jest z tym bardzo dobrze, więc nie zawracam sobie tym głowy. Głód alkoholowy nie jest czymś, co ma alkoholika prześladować już całe życie. Trzeba wiedzieć, że gdy zdrowienie zmierza we właściwym kierunku, głód też słabnie i zanika. Dla mnie alkohol wystarczająco się obnażył, bym mógł traktować go jako jakiekolwiek rozwiązanie życiowych problemów. Bardzo dziękuję za ten komentarz, bo świadczy on o tym, że wnikliwie Pan studiuje bloga 🙂 Ja przyznam się, że prawie nigdy nie wracam do starych wpisów, bo po co ? To nie jest książka, by miała zachowany ciąg wydarzeń :). Tutaj wszystko dzieje się tak, jak dzieje się we mnie i wokół mnie.

      Pozdrawiam serdecznie

Post a Comment