O sobie nieco poważniej… a może nie …

Nie wiem, czy potrafię być całkiem poważny… jak mawiają niektórzy ludzie – poważnie to się w trumnie leży, więc póki co ograniczam się z tą powagą 🙂 Z poprzedniego wpisu wiecie jak się nazywam i że lubię trochę wariować… Nic wielkiego, żadnych konkretów… Dzisiaj przyszła pora by powiedzieć kim jest walczący alkoholik i dla czego „walczący” ? Ludzie uzależnieni, którzy przeszli przez różne terapie czy są w AA często się obrażają na tytuł mojego bloga i zarzucają mi, że nazwą prowokuję przekonanie, że z alkoholem można walczyć, a nie tego przecież uczą ich na zajęciach terapeutycznych. Mówimy, że alkohol jest jak mistrz świata wagi ciężkiej, z którym nie da się wygrać w ringu. Mówimy, że trzeba ten ring opuścić, by nie zostać znokautowanym i tylko tak możemy uratować skórę. Tak i owszem ładnie to brzmi i sensownie. Gdybym trzymał sobie flaszkę na szafce nocnej to pewnie któregoś ranka obudziłbym się na ciężkim kacu bez świadomości, kiedy ją wypiłem… ale mi nie o to chodziło, gdy zakładałem bloga. Sam potulnie omijałem półki z alkoholem w sklepach  i nie dotykałem nawet butelek z piwem, czy nawet pustych kieliszków. Pomysł na „walczącego” zrodził się w więzieniu. Byłem tam zupełnie rozbity, chory, załamany, stłamszony tym, w czym przyszło mi wziąć udział. Mimo, że nigdy nie przypomniałem sobie, czy to ja spowodowałem wypadek, czy zostałem w niego umiejętnie wrobiony, to przyświecała mi jedna idea… Nie pozwolić na to, by śmierć Daniela poszła na marne… Nie wiedziałem jak to zrobię, nie miałem pojęcia jak się do tego zabrać, ale chciałem ostrzegać ludzi przed alkoholem… Najgorsze jednak było to, że sam nie zdawałem sobie sprawy z tego, że byłem już alkoholikiem. Przez cały ten czas spędzony za kratami mówiłem sobie, żonie, rodzicom i znajomym, że nigdy więcej nie sięgnę po alkohol… Efekt… cóż na drugi, czy trzeci dzień po wyjściu byłem pijany… Teraz już się temu nie dziwię, ale wtedy sam byłem w szoku jak wóda wciągnęła mnie zaraz po tym, jak odzyskałem wolność. Lata 2011, 2012, 2013 to była równia pochyła. Dowiedziałem się o nowotworze, miałem kłopoty finansowe i nigdzie nie potrafiłem znaleźć spokoju. Podczas pobytu za kratami uzależniłem się od ogromnej ilości leków. Do tego stopnia, że miałem problemy podczas operacji. Trudno mnie było uśpić i trudno wybudzić. Po tym pani anestezjolog przyszła do mnie osobiście porozmawiać o tych lekach. Powiedziała mi, ze smutkiem w oczach, że one mogą mnie zabić. Nie wiem co widziała na sprzęcie diagnostycznym podczas zabiegu, ale chyba nie było wesoło, skoro tak zareagowała. To był luty 2012… miałem więc 34 lata i byłem bliski śmierci. Pokazałem charakter i zadziałałem dość odważnie, by nie powiedzieć głupio… Wróciłem do domu i wyrzuciłem większość prochów. Zostawiłem tylko to, o czym wiedziałem, że nie można bezpiecznie tego odstawić z dnia na dzień… W każdym razie ponad 90% psychotropów poszło w śmietnik… Powiem Wam… widziałem chłopaków na terapii, jak przechodzą zespół odstawienny po narkotykach… nie było mi ich żal ani trochę… chodzili, rozmawiali, jedli, funkcjonowali całkiem przyzwoicie na zewnątrz… Ja przez dwa tygodnie nie wychodziłem z łóżka… Lejące się poty, zaburzenia świadomości, chore wizje, sny rodem z obrazów Beksińskiego i nieustający lęk o życie… Mokra pościel, mokre stopy, bóle wykręcające mi ciało w paragrafy i brak apetytu sprawiły że traciłem siły z dnia na dzień… Dwa tygodnie… tyle to trwało…. i przeszło… nagle, bez niczego… przeszło i tyle. Wtedy coś drgnęło ale piłem nadal. Nie codziennie, z przerwami ale zdecydowanie nałogowo. Upadałem i się podnosiłem. Nie wiedziałem, że to wszystko na nic… W 2013 roku rękę podała mi niemal nieznajoma osoba (rodziny nie słuchałem – znacie to ? ) i zaprowadziła do przychodni ( dzięki Ania ). Wtedy też powstały pierwsze wpisy walczącego… idea była prosta… walczyć z niewiedzą ludzką na temat nałogów i walczyć ze swoją chorobą. Miała to być forma autoterapii i pomoc dla innych zagubionych. Jednocześnie blog miał stać się źródłem motywacji i inspiracji do dalszych działań. Gdybym jednak do takiego wyjaśnienia spłycił „walczącego” to minąłbym się z prawdą. Nie wiele, lecz jednak… Jak miliony alkoholików chciałem kiedyś wrócić do kontrolowanego picia. Szukałem na ten temat wiedzy, gdzie tylko się dało… Szukałem świadectw ludzi, którym się udało czegoś takiego dokonać… lecz nie znalazłem żadnych wiarygodnych… Gdy trzeźwość zaczęła mi kiełkować w głowie, porzuciłem tą ideę ale nie do końca. Przekułem ją w coś nowego, w coś o czym nie słyszałem i nie czytałem wcześniej. Na terapii stanowczo odradzano nam branie udziału w imprezach z alkoholem. Odradzano mam podejmowania jakiegokolwiek kontaktu z wyzwalaczami. Ja pozwoliłem sobie nie zgodzić się z tym. W każdym razie nie do końca. Odcięcie osób uzależnionych od narkotyków nie jest takie trudne są one bowiem nielegalne i nie ma ich w sklepikach osiedlowych. Nie ćpa się publicznie w barach czy innych miejscach do tego przeznaczonych. Alkohol zaś pije się w bardzo wielu miejscach. Restauracje, puby, imprezy masowe, spotkania towarzyskie, rodzinne, biznesowe czy integracyjne. Alkohol jest w bardzo wielu miejscach i mówienie ludziom, by „uciekli z ringu” brzmi trochę jak wyrok pt. od tej pory nie będziesz chodził do restauracji, barów i na imprezy z towarzystwem, które lubisz… Od tej pory będziesz odwracał głowę na widok kieliszka, kufla, butelki , czy puszki… Nie było to dla mnie do przyjęcia. Za duża strata… Zacząłem uczyć się o powstawaniu nałogów i szybko doszedłem do wniosku, że można się nałogu oduczyć tak samo, jak się go nauczyło… Brzmi nieco śmiesznie dla każdego, kto ma długi staż w abstynencji, ale ja tej idei nie porzuciłem i dopracowuję ją miesiąc po miesiącu, bo wiem że to działa. Nie jest to metoda pozbawiona naukowych podstaw, więc traktuję ją bardzo poważnie. Walczę z własnym mózgiem, który przez lata nauczył się traktować alkohol jako wypełniacz braków, lub zamiennik czynności wymagających wysiłku. Ja zwyczajnie odwróciłem kierunek i powoli nadpisuję inne informacje, pozwalające mi na zdrowe rozwiązywanie problemów, przeżywanie codzienności  i radości. Nie jest to jednak droga dla laików i jest niemożliwa do realizacji bez przejścia przez terapię uzależnień. Nie będę więc wchodził w szczegóły, by ktoś nie napalił się tutaj zbytnio i nie popłynął sobie z morzem wódki ku zagładzie… Walczący alkoholik nie ucieka więc z ringu a śmieje się z przeciwnika stając do niego frontem. Nie podchodzi jednak na odległość ciosu. Można powiedzieć, że igram z ogniem ale to pozory.  Co prawda nie raz i nie dwa sparzyłem się na tym, ale efekty są więcej niż zadowalające. Dość powiedzieć, że po trzech latach komfortowo czuję się wśród ludzi pijących i potrafię się z nimi dobrze bawić samemu pozostając trzeźwym. Walczący alkoholik to moja metoda na wyjście z nałogu ale też pomoc dla innych ludzi. Uzależnieni i współuzależnieni mogą liczyć na moje wsparcie. To już nie tylko walka o moje życie ale o życie innych…

Jeśli chcecie powalczyć razem ze mną zapraszam do ośrodka w Hoczwi…

Pozdrawiam serdecznie

Michał Śpiewak

Spread the love
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •   
  •   
  •   
  •   
  •  
  •  

4 komentarze

  • ~Winiarz

    Maj 7, 2017 at 12:22 pm Odpowiedz

    Opisze jak wyglada moja sytuacja. Pilem duzo, pilem na studiach (mieszkalem w akademiku 6lat), pilem w pracy (pracuje w winiarni, do dzis). Poprostu obracalem sie w towarzystwie, gdzie alkohol byl i bedzie. Gdybym mial uciekac przed alkoholem musial byc uciec daleko i zostawic 30 lat zycia daleko z tylu, a tak nie chce. Strach, bol organizmu, duszy i jescze raz ten diabelski strach przed wszytskmim, doprowadzil ze musialem albo sie zmienic, albo chyba powoli odchodzic z tego swiata. Pierwsze 2 dwa miesiace byly straszne. Glowa i cialo nie wiedzialy co sie dzieje. Przezylem to i do dnia dzisejszego jest dobrze (moze nawet cudownie). Zycie powoli mi sie uklada i w rok zrobilem wiecej niz w ostatnie 10. Nie zmienilem pracy gdzie alkohol przelewa mi sie doslownie przez rece czesto (ale zmienie, bo chce sie rozwijac, no i lepiej losu nie kusic). Wyksztalceni przyjaciele… pijaczki z wyboru, zakceptowali moje wybory. I nie namawiaja, szanuja. Ja ich nie mecze swoja abstynecja ale wiedza ze moga na mnie liczyc jak beda czuli ze maja problem. Ja nie napije sie pewnie juz nigdy, za wiele mam do stracenie. Dopiero teraz dostrzegam piekno zycia. Pomogles Ty Panie Michale, pomogly inne fora. I jak czuje chwilke kryzysu szybko zagladam i czerpie garsciami od odemnie madrzejszych w tych dziedzinach. Pozdrawiam i dziekuje

  • ~Zdzisław Stary Sybaryta

    Maj 7, 2017 at 4:45 pm Odpowiedz

    Faktycznie , przyjąłeś dość ryzykowną postawę . Nie mam obaw o siebie , sporo wiem o chemii mózgu , A może nie byłem uzależniony ale piwo pite w ilościach kilku codziennie jednak mieszało mi tak bardzo w głowie . Nie będę dochodził prawdy o sobie , rozpoznałem siebie jako alkoholika i przyjąłem do stosowania wszystkie reguły AA . Tak się czuję bezpiecznie i nie mam zamiaru eksperymentować . A cele jakie sobie wyznaczałem gdy przestałem pić – osiągam . Spokój , bezpieczeństwo na co dzień wśród bliskich , całkowicie inne widzenie siebie , rodziny , problemów codziennych . Odeszły gdzieś lęki , krzywa wyobrażnia , natręctwa myślowe w chorej łepetynie . A świadomość że już „nigdy się nie napiję ” nie jest dla mnie niczym bolesnym . Też nauczyłem się brać udział w imprezach z alkoholem sam nie pijąc . Tylko moja tolerancja wobec ludzików „nawalonych” jest chyba mniejsza . Ale nie walczę z nimi . Zwyczajnie – opuszczam ich .
    Czytam Ciebie od roku , z coraz większym zaciekawieniem ! Żywy , autentyczny człowiek , nie piszący jakich wydumek . Co boli , co cieszy , czego się boi . Za to szacun ! Chylę kapelusza ! St. Sybaryta 🙂

  • ~cywilizacjaizdrowie

    Maj 10, 2017 at 9:35 pm Odpowiedz

    Bardzo ciekawy post. Twoja historia jest inspirująca i motywuje, nie tylko do walki z nałogiem, ale też do walki z samym sobą, z bólem, z trudnościami. Fajnie, że starasz się poszerzać wiedzę ludzi o uzależnieniach i im zapobiegać.
    Zapraszamy do nas. Ostatnio pisałyśmy trochę o uzależnieniach.

  • ~Leszek

    Maj 21, 2017 at 9:36 pm Odpowiedz

    Cześć Michał . Cieszę się że trzeźwiejesz ,piszesz i idziesz swoją drogą trzeźwości którą tu opisujesz . Nie wszystko jest proste ,czasem sami coś komplikujemy ,czasem trzeba czasu by zobaczyć coś inaczej . Za jakiś czas jeżeli przeczytasz to co pisałeś i się z czymś nie zgodzisz to wcale nie będzie znaczyć że popełniłeś błąd . Po prostu jesteś na takim poziomie rozumienia ,odczuwania i zasobu doświadczeń z trzeźwości że tak to odczuwasz i tak opisujesz . Piszę
    „poziomie” nie mając na myśli stopniowania że kiedyś będziesz na wyższym czy niższym , po prostu wraz z upływem życia będziesz na innym .W sumie w tym wszystkim najważniejsza jest szczerość z jaką to opisujesz.
    Ja gdy widzę swoje dawniejsze zapiski i widzę jak teraz zmieniłem poglądy na różne sprawy – wiem że coś w sobie zmieniłem ,że nie stałem w miejscu .
    Piszę o tym bo widzę twoim trzeźwieniu początek procesu który sam przechodziłem . Na obecna chwilę myślę inaczej o walce ,chorobie ,pomaganiu i wielu innych rzeczach . Tak więc życzę byś nie zmarnował trzeźwego czasu który sam sobie wywalczyłeś . Ja go wykorzystałem i przy pomocy innych trzeźwych alkoholików ,terapeutów ,rekolekcji ,literatury oraz przeżyć osobistych odszedłem od walki ,nastał czas akceptacji siebie w rzeczywistości w jakiej się znalazłem , zmiany tego co mnie najbardziej uwiera i gryzie (poprzez pracę nie walkę ), nie siłowanie się z tym co niemożliwe .Dzięki temu że zrezygnowałem z walki żyję tak już 22 lata tą swoją trzeźwością . Nie wiem skąd brałbym siły gdybym cały czas ten okres musiał walczyć. Nie znaczy to że mnie walka na początku nie była potrzebna . Pozdrawiam – Pogody Ducha .
    Leszek

Post a Comment